Wkurw

WKURW (Ela)

Na początek chcę przeprosić czytelniczki i czytelników o słabych nerwach za użyte wulgarne wyrażenie w tytule. Na swoje usprawiedliwienie dodam, że najlepiej oddaje mój stan ducha. Spowodowany wypowiedzią premiera Polski Donalda Tuska na odbywającym się aktualnie Kongresie Kobiet. Wypowiedź dotyczy wprowadzenia ustawy o związkach partnerskich.

„Ja nie widzę żadnej szansy, aby w przeciągu najbliższych dziesięciu, piętnastu lat w parlamencie znalazła się większość konstytucyjna na rzecz radykalnych rozwiązań w tej dziedzinie. Powiem więcej, jeśli można się czegoś obawiać, także wtedy kiedy będziemy przesadzali z tempem, że będzie dokładnie odwrotnie, że znajdzie się w parlamencie większość konstytucyjna, która da tak do wiwatu, że będziemy żałowali, że się w ogóle podjęliśmy tego wysiłku, do końca życia.”

Jak dużym wysiłkiem ma być usankcjonowanie prawne i tak już istniejącego stanu rzeczy, zamiast chowania głowy w piasek i udawania, że „problem” nie istnieje?! Nie zmieniło by się nic. NIC. Parafrazując znane powiedzenie: byłby to mały krok dla ułatwienia życia jakimś 2 milionów obywateli, (o których się pamięta gdy mają płacić podatki, ale zapomina, gdy domagają się równości dla wszystkich), ale wielki krok dla całej Polski. Która choć raz mogłaby być w awangardzie zmian społecznych, zamiast być skansenem zmurszałych narzucanych przez kościół zasad.

Ale nasz dzielny mąż stanu wie lepiej. Wie że zawsze znajdzie się konstytucyjna większość, która zawsze i wszędzie poprze najbardziej chciwe i głupie pomysły Kościoła. I w dodatku jest jasnowidzem, bo wie, że za 15 lat nic się nie zmieni. Chciałabym bardzo, żeby sytuacja zmieniła się jak najszybciej. Żeby pana premiera, kiedy już będzie za 5 lat na emeryturze politycznej zdziwiła wiadomość o wprowadzeniu ustawy o związkach partnerskich.

Na razie pozostaje mi powiedzieć jedno: PIEPRZ SIĘ PANIE PREMIERZE, po tobie przyjdą inni mądrzejsi, a ty znikniesz gdzieś w odmętach historii.

WKURW  (Ewa)

Zgadzam się w 100% z tym co Ela napisała powyżej. Mam tylko ochotę dodać, że „większość konstytucyjna która da do wiwatu” to chyba zdaniem Tuska oznacza, że ta większość albo pobije wnioskodawców kijami bejsbolowymi albo wpisze w Konstytucję zakaz składania w Sejmie projektów o związkach partnerskich? Bo co to ma znaczyć „ da do wiwatu” i to tak że „pożałujemy do końca życia” ? Projekty Sejm już odrzucał i to przy aktywnym udziale partii Tuska, a jakże. Bali się że im ktoś da do wiwatu? I popamiętają do końca życia, spędzonego po respiratorem?

A co do jasnowidzenia, to rozumiem że pan Tusk w roku 1974 doskonale wiedział co w Polsce zajdzie w roku 1989? Gratulacje. I w ogóle jakie to ma znaczenie że Donald Tusk „ nie widzi szansy”? Czemu jego słowo ma być najważniejsze? Bo jest premierem? Niedługo będzie inny premier. I co to za „będziemy przesadzali z tempem”? Jacy „my” skoro Tusk tylko i wyłącznie hamuje? Dobre sobie, 10-15 lat to za mało? I tak jesteśmy o wiele lat spóźnieni w stosunku do większości Europy. Tuska zadowoliłoby lat 50? Czy 100? A w takiej Danii w przyszłym roku minie ćwierć wieku od wprowadzenia ustawy o związkach partnerskich i każdy może porównać jak się ma Dania i jak Polska. Zdaniem Tuska, PO i dalszej prawicy to taki kraj powinien się rozsypać, śluby hetero ustać zupełnie a boskie pioruny bić bez przerwy w Kopenhagę.  Może powinni tam pojechać…

Ostatnie pytanie: Czy duński premier w roku 1974 na pewno wiedział co się stanie za 15 lat?

Niebo będzie niebieskie

Wczoraj w radiu (lokalnym, nieważne którym konkretnie) znów była dyskusja o związkach partnerskich. Podobna do wielu innych. Zainteresowało mnie tylko jedno: jakie apokaliptyczne wizje towarzyszą ludziom, którzy są przeciw temu, żeby państwo takie związki uznało? Czy naprawdę nie mieści im się w głowach, że:

Niebo dalej będzie niebieskie a trawa zielona. Nie wzrośnie deficyt budżetowy ani liczba ateistów. Nikt nie zamknie Radia Maryja. Kto chce, będzie głosił nowinę o zamachu smoleńskim. Mięso nie podrożeje a stopy procentowe nie wzrosną. Terlikowski nadal będzie zapraszany do telewizji a biskupi nie zaakceptują in vitro.Pensje się nie zmniejszą a zanieczyszczenie środowiska nie zwiększy. Co więcej:

Nikt im nie każe przepraszać, odwoływać i oglądać podpisywania papierów. Ci, których mijają na ulicach, nie wiedząc że to lesbijki czy geje, nie zaczną ich nagle podrywać.Nikt im nie posmaruje klamek odchodami.

I w ogóle, gdyby nagle okazało się któregoś dnia, że przepisy o związkach partnerskich wprowadzono tydzień wcześniej po cichu, to przez ten tydzień wszystko by wyglądało dokładnie tak samo. Do ostatniej butelki po wódce na trawniku.

Zmieniło by się tylko jedno: tysiące osób poczułoby się lepiej w Polsce, w swoim kraju. Nie mieliby poczucia, że ich życie postrzegane jest jako tani skandalik, o którym nie wypada mówić publicznie. Ich życie, które nie składa się na ogół z samego seksu/samej namiętności tylko zawiera w sobie wielki kawał zwykłej codzienności z podatkami, chorobami i śmiercią, przestałoby być wymazywane z przestrzeni publicznej. W przepisach przestałaby wreszcie istnieć fałszywa rzeczywistość, zgodnie z którą osoby faktycznie sobie najbliższe są traktowane jako obce. I tak, może ktoś tu i ówdzie przestałby się bać. I może to jest najstraszniejsze dla obrońców status quo? Bo oni przecież swojego strachu pozbyć się nie mogą. Pozbyć się strachu to mogłoby, o zgrozo, oznaczać: zaakceptować. A wtedy niebo na pewno przestałoby być niebieskie…