Co można w Ameryce, czego nie można w Polsce?

Kilka dni temu postanowiłam włączyć sobie do obiadu finałowy odcinek czwartego sezonu serialu „Glee”. Już tak mam, że lubię przy obiedzie oglądać seriale :D. Był to swoisty powrót do tego serialu, bo po dwóch dobrych sezonach, w trzecim niestety Amerykanie zaczęli stosować zabieg, który można nazwać „dekonstrukcją” tego wszystkiego co było atutem serialu. Postacie zaczęto wikłać w dziwne wzajemne związki na zasadzie postać A była wcześniej szczęśliwa z B, więc teraz połączmy ją z C, po nagłym i niewiarygodnym psychologicznie rozstaniu z B. Kiedy wszyscy główni bohaterowie uczęszczali do szkoły średniej, akcja jeszcze się trzymała, ale kiedy wyjechali na studia, twórcy zupełnie stracili pomysły na to co powinno ich dalej spotkać. I mam nawet wrażenie, że wykonywane piosenki straciły impet. Kiedyś ciekawie aranżowane – teraz są tylko cieniem dawnych pomysłów.

Tyle dygresji na początek. Teraz przejdę do meritum :). Otóż w rzeczonym serialu jest scena, w której jeden z chłopaków z pary gejów postanawia oświadczyć się drugiemu. W sklepie jubilerskim sprzedawczynią jest lesbijka, która pokazując chłopakowi pierścionki zaręczynowe wdaje się z chłopakiem w następujący dialog:

Ona: „Nie ma znaczenia jak młody lub stary jesteś. Prawdziwa miłość to prawdziwa miłość.”

On: „Moi przyjaciele ostatnio tak mnie krytykowali.”

Ona: „Gdybyśmy wszyscy ich słuchali, to nie bylibyśmy tak blisko chwili kiedy Sąd Najwyższy w końcu powie nam, że jesteśmy równie szaleni i niesamowici, co wszyscy inni.”

Ktoś może powiedzieć, że trochę dydaktyzmem pachnie. Może tak, ale w tym samym niemal czasie w Polsce mamy np. w „M jak miłość” dwóch panów gejów, przy czym grający ich aktorzy, są cali sztywni (zapewne ze strachu, że jakiś widz pomyśli, że są naprawdę homoseksualni) a okazywanie uczuć w ich wykonaniu ogranicza się do stania w odległości 3 metrów od siebie (dobrze, że w ogóle mieszczą się w kadrze) i niedotykania pod żadnym pozorem. A przecież miłość nie ogranicza się tylko do seksu i całowania. Można ją okazać na wiele różnych sposobów.

Generalne zmierzam do tego, że Amerykanie potrafią wykorzystać telewizję jako narzędzie nacisku w ważnej społecznie sprawie. Potrafią pokazać pary lesbijskie i gejowskie w sposób wiarygodny, a grające/y aktorzy/ki są w pełni przekonujący. Przy czym „Glee” nie jest odosobnionym przypadkiem. W serialu „Grey’s Anatomy” („Chirurdzy”) już cztery sezony pokazywany jest związek lesbijek, jako równoważny głównej parze hetero. Niemal każdy dobry serial amerykański posiada postać homoseksualną czasem na drugim, czasem na trzecim planie. I ta postać jest przez scenarzystów traktowana poważnie, a nie jak w Polsce dodatek pod tytułem: „teraz dodamy do serialu postać geja” – która nic sobą nie wniesie ciekawego, ale zawsze możemy powiedzieć, że przecież nie jesteśmy homofobami, bo gej czy lesbijka był. Widać to było zwłaszcza w serialu „39 i pół”, kiedy przyjaciółka głównego bohatera była lesbijką i nic z tego nie wynikało dla rozwoju historii. A to z kolei było ewidentnym przykładem złamania zasad pisania scenariuszy, zgodnie z którymi każda charakterystyczna cecha postaci powinna wpływać na akcję.

Chciałabym dożyć takiej sytuacji w Polsce. Pozostaje mi już tylko westchnąć i zacisnąć zęby :).

Lektury

Tu dyskusja o tym, czy mówić w szkole o tym, że np. Maria Dąbrowska i Anna Kowalska były ze sobą. Tutaj znów o szkole – że zacofana, sztywna i uczy według XIX wiecznych wzorów. Trochę już chyba ucichła kłótnia o to czy „Rudy” i „Zośka” mogli być w sobie zakochani. Zusammen do kupy, szkoła jest zacofana, bo postępuje według reguły ” nawet jeśli coś było, po co tym mówić” , „to nie ma znaczenia”. Czyli to że Mickiewicz się kochał w Maryli stanowi doniosły fakt historycznoliteracki a romans polskich pisarek to jakiś wymysł co bardziej radykalnych feministek. W szkole uczą po prostu o zupełnie innym świecie niż ten który istnieje.

I teraz będzie o lekturach. Które powinny być zupełnie czymś innym. Powinny odnosić się do teraźniejszości i dawać do myślenia. Ok, niektóre rzeczy z przeszłości nie są wcale abstrakcją. „Marta” Orzeszkowej. „Mendel Gdański” Konopnickiej. Kobiety które przy mężu nie pracują i bez niego są bezradne, wciąż istnieją. Tak jak antysemityzm. Mendel, getto, 68, i to co teraz – to jest ciąg. Natomiast, przykro mi, z Prusem dałabym sobie spokój. Kto chce niech czyta. Ale zrobiłabym miejsce na inne rzeczy.

Zaczęłabym od tego żeby oprócz książek wprowadzić filmy (w tym odcinki seriali). Uwielbiam książki, ale lekceważenie filmów w przy ich poziomie i popularności to idiotyzm. Kino to już nie jest sztuka jarmarczna. No to jedziemy. Nie bałabym się tzw literatury popularnej. „Carrie” Kinga to świetny opis szkolnych upokorzeń (i manii religijnej). „Rose Madder” tego samego autora zawiera bardzo dobry opis kobiety maltretowanej przez męża policjanta. Do tematu przemocy świetnie nadają się seriale kryminalne. W „Cold Case” pełno ich jest do wyboru. Dziewczynka molestowana przez… kuratora, co odcina możliwość pomocy, bo każdy wierzy jemu. Upośledzony chłopiec, który po śmierci matki został sam, w dodatku został posądzony że siłą pocałował koleżankę ze szkoły… Rasizm, homofobia – w każdym odcinku widać do czego mogą prowadzić. Z polskich – choćby te dwa odcinki „Gliny” w których prowadzone jest śledztwo w sprawie zaginionych Cyganów (tam się nie mówi Romowie). Zostali zarżnięci (kobiety przedtem zgwałcone) za to że byli Cyganami. Zmowa i strach, upór policjanta ( gra go Maciej Stuhr), polska rzeczywistość wstrętnie prawdziwa.

A gdzie są filmy dokumentalne? A z książek – reportaże? A gdzie jest emigracja albo niepełnosprawność? Won mi z „Quo vadis” poproszę o biografię Helen Keller. A fantastyka? I wcale nie Lem. Wizje, które czasem się już zaczęły spełniać (wirtualna rzeczywistość) to właśnie jej domena. Świat po wojnie atomowej. Świat w którym przegraną w programie telewizyjnym można przypłacić życiem.

Wizja takich lektur to niestety też fantastyka, i to zdaje się utopijna. Pozostaje mi tylko cieszyć, się że lekcje polskiego choć okropnie nudne, nie były w stanie mi zaszkodzić i do dziś książki nie tylko czytam ale i piszę.:)

Niebo będzie niebieskie

Wczoraj w radiu (lokalnym, nieważne którym konkretnie) znów była dyskusja o związkach partnerskich. Podobna do wielu innych. Zainteresowało mnie tylko jedno: jakie apokaliptyczne wizje towarzyszą ludziom, którzy są przeciw temu, żeby państwo takie związki uznało? Czy naprawdę nie mieści im się w głowach, że:

Niebo dalej będzie niebieskie a trawa zielona. Nie wzrośnie deficyt budżetowy ani liczba ateistów. Nikt nie zamknie Radia Maryja. Kto chce, będzie głosił nowinę o zamachu smoleńskim. Mięso nie podrożeje a stopy procentowe nie wzrosną. Terlikowski nadal będzie zapraszany do telewizji a biskupi nie zaakceptują in vitro.Pensje się nie zmniejszą a zanieczyszczenie środowiska nie zwiększy. Co więcej:

Nikt im nie każe przepraszać, odwoływać i oglądać podpisywania papierów. Ci, których mijają na ulicach, nie wiedząc że to lesbijki czy geje, nie zaczną ich nagle podrywać.Nikt im nie posmaruje klamek odchodami.

I w ogóle, gdyby nagle okazało się któregoś dnia, że przepisy o związkach partnerskich wprowadzono tydzień wcześniej po cichu, to przez ten tydzień wszystko by wyglądało dokładnie tak samo. Do ostatniej butelki po wódce na trawniku.

Zmieniło by się tylko jedno: tysiące osób poczułoby się lepiej w Polsce, w swoim kraju. Nie mieliby poczucia, że ich życie postrzegane jest jako tani skandalik, o którym nie wypada mówić publicznie. Ich życie, które nie składa się na ogół z samego seksu/samej namiętności tylko zawiera w sobie wielki kawał zwykłej codzienności z podatkami, chorobami i śmiercią, przestałoby być wymazywane z przestrzeni publicznej. W przepisach przestałaby wreszcie istnieć fałszywa rzeczywistość, zgodnie z którą osoby faktycznie sobie najbliższe są traktowane jako obce. I tak, może ktoś tu i ówdzie przestałby się bać. I może to jest najstraszniejsze dla obrońców status quo? Bo oni przecież swojego strachu pozbyć się nie mogą. Pozbyć się strachu to mogłoby, o zgrozo, oznaczać: zaakceptować. A wtedy niebo na pewno przestałoby być niebieskie…

Anna German raz jeszcze

W gazetach i internecie pełno artykułów, artykulików i wpisów o Annie German. Albo o serialu „Anna German”. Agora szybciutko dołączyła dwie płyty do Gazety Wyborczej. Axel Springer galopem wydał książkę „Anna German. Prawdziwa historia”. Byle kolorowa gazetka dawała na okładkę zdjęcie piosenkarki albo grającej ją w serialu Joanny Moro. W środku drugie zdjęcie i pięć linijek tekstu pod tytułem  „Tylko u nas. Anna German jakiej nie znacie” albo „ Nieznana twarz Anny German”.

To ja też się wypowiem.

Po pierwsze wkurwiają mnie – nie denerwują, nie irytują, tylko właśnie wulgarnie wkurwiają, takie akcje nagłego przypominania sobie o kimś i błyskawicznego zarabiania kasy na tandecie opatrzonej nazwiskiem tej osoby.

Zacznę od serialu. Nie oglądałam całości, bo po prostu moja wytrzymałość ma pewne granice. Może jeszcze jedno oświadczenie: mam dużą sympatię dla Anny German, cenię jej głos i znam dużo jej piosenek, a część z nich nieodmiennie mi się podoba i nie są dla mnie „archaiczne”. I dlatego tym bardziej nie mogę znieść tego, co za te miliony o których tyle było mowy, Rosjanie wyprodukowali, a pan Krzystek wyreżyserował. Nawet mniejsza o przekłamania, typu prześladujący cała rodzinę człowiek z NKWD, który, zdaje się, w ogóle nie istniał. Już nawet mniejsza o to, że w pierwszym odcinku jest podobno rok 1938, w którym bohaterka miała dwa lata, ale dziewczynka, która ją gra, co najmniej dwa razy więcej. Cały serial przypomina po prostu serię obrazków z czytanki opatrzonych objaśniającymi podpisami. Ania śpiewa ojcu. Ania występuje po raz pierwszy. Ania w gipsie. Ania ze Zbysiem. Ania ma dziecko itp. Dialogi są banalne i nudne, sceny sztywne. Niektóre momenty są opowiadane szczegółowo (np. wyjazd do Taszkientu, Włochy), po innych serial się prześlizguje – Anna rodzi dziecko, które w następnej scenie ma kilka lat. Aktorstwo jest jeszcze znośne. (Oprócz postaci trzeciego planu które recytują swoje kwestie jak w szkolnym przedstawieniu). Najlepsza, moim zdaniem jest co prawda Maria Poroszyna grająca matkę German, ale Joanna Moro jakoś się broni, choć zadanie miała trudne. Podwójnie. Postać była nietypowo – według wszystkich świadectw dobra i łagodna, niezwykle zdolna. Z kolei śmierć ojca w stalinowskich czystkach, piekielny wypadek, rehabilitacja, powrót na scenę i przedwczesna śmierć  – tym można by obdzielić kilka życiorysów.  

Niestety, Anna German z serialu jest postacią spłaszczoną, jednowymiarową. Nie ma poglądów, upodobań i zainteresowań innych niż śpiew. Jej świat to oprócz sceny kilka emocji, mamusia i Zbysio. Nie wątpię wcale, że mogła być rzadkim przypadkiem człowieka na wskroś dobrego i niekonfliktowego, ale przez to nie musiała być wcale bezbarwna i papierowa. Już choćby z racji tego, jak zginął jej ojciec, musiała mieć jakieś zdanie o Stalinie (i nie sądzę żeby była ślepa). Zresztą odmowa powrotu do Rosji też o czymś świadczy. Ale albo nikt tego nie chciał ruszać albo Rosjanie sobie nie życzyli. Chociaż sądzę, że raczej pominięto to, żeby skupić się na wypadku,  łzach, Zbysiu i mamusi. A już choćby w jej biografii można byłoby wyłowić kilka interesujących szczegółów. Anna German lubiła na przykład książki i filmy o zwierzętach, a myśliwych uważała za morderców – proszę, mamy wyrazisty pogląd, rzadki do dziś. Sama sobie szyła, lubiła taniec i ceramikę, na którą brakowało jej czasu. Poza tym na litość boską, znała dużo ludzi, jeździła na występy z innymi artystami, a z panem parzącym herbatę z w Polskich Nagraniach ponoć regularnie ucinała sobie miłe pogawędki. Ale się nie zmieścili, zresztą nic dziwnego, dziesięć odcinków to niewiele na taki życiorys. Chociaż…

Oglądałam niedawno film o Beatrix Potter – film, nie serial. Jakimś cudem bohaterka nie tylko nie była papierowa, ale miałam wrażenie, że powiedziano o wszystkim co najważniejsze. I ani chwili nudy. I nawet miłość z czasów wiktoriańskich pokazana była wiarygodnie i przejmująco.

Im dłużej o tym myślę, tym większą miałabym ochotę, żeby ten serial nigdy nie powstał. Albo nie był pokazywany w Polsce. Bo wydaje mi się, że prawdziwej, żyjącej w zeszłym wieku Annie German ten wyrób serialopodobny w pewien sposób ubliża. Robiąc z jej życia emocjonalno – łzawą papkę. Pokazując je schematycznie, wyrywkowo i bez wdzięku. Anna German mogła śpiewać piosenki romantyczne, sentymentalne. Mniej i bardziej udane. Ale nie przekraczała w nich granicy kiczu, kiczu w którym ten serial się nurza. No i na fali jego popularności uklepie się taki łzawo-kiczowaty portrecik zdolnej, pokrzywdzonej przez los i poza tym nudnej kobiety.

Nie, dziękuję. I za chwilową falę popularności. I za wątpliwości, czy mogła być taka bez skazy. I za idiotyczne wyrażenie z pewnego artykułu, że serial opowiada o życiu „dawnej celebrytki”, chociaż wtedy celebrytek nie było, a dziś, gdyby żyła, German ze swoją osobowością na pewno by nią nie została. I za wpis na portalu filmowym, że „propagowała komunizm i ludobójstwo”.  

Tak na marginesie, trochę podobne uczucie miałam, kiedy Szymborska dostała Nobla i nagle okazała się popularna, komentowana na prawo i lewo oraz niezwykle doceniona. Skutkiem ubocznym był zalew informacji o niej, jej limerykach, wycinankach, zdjęciach pod dziwnymi nazwami miejscowości i sympatii dla Andrzeja Gołoty. Lubię limeryki, cieszy, mnie, że Szymborska miała tego typu poczucie humoru, ale ona w końcu nie bez powodu długie lata publikowała inne swoje wiersze. A wycinanki były dla znajomych. To grzebanie w jej prywatnych dowcipach przypomina mi rozcinanie brzucha pluszowemu misiowi – cóż tam są w środku za skarby…

Wolałam sobie słuchać Anny German – że tak powiem, na uboczu i tak samo wolałam czytać wiersze Szymborskiej wtedy, kiedy nikt mnie nie bombardował informacjami, jaka jest genialna i jakie niezwykłe robiła wycinanki. Koniec, kropka.

Kobieta z połową głowy

Tak się składa, że większość opowiadań Alice Munro mi się podoba. A jak podoba mi się treść książki, to podwójnie wkurza mnie idiotyczna okładka i błędy, których nie wyłapały dwie korektorki. To, że na okładce „Za kogo ty się uważasz” widnieje blondynka jak z reklamy kosmetyków albo wyboru tekstów z „Cosmopolitan” to już gdzieś czytałam. Ale dobrego nigdy za dużo. „Za kogo ty się uważasz” wydało W.A.B. Zachwycone oprawą graficzną tej książki Wydawnictwo Literackie zbiorowi „Taniec szczęśliwych cieni” podarowało okładkę jeszcze bardziej wyrafinowaną. Kawałek kobiety w czerwonej sukience, od połowy tyłka do połowy głowy – to jest to. Skojarzenia z opowiadaniami Munro zapewnione – to właśnie ta atmosfera, styl i maniera, ten sam brak pomysłu i sensu, prawda? Już by mnie tak nie drażnił nieudany rysunek; w rysunek trzeba włożyć odrobinę wysiłku, w obcięcie pierwszego lepszego zdjęcia już nie. Na okładkę następnego tomu proponuję nogi od połowy łydki do połowy pośladków.

Co do błędów, to chętnie bym je wymieniła co do jednego, ale książka ma stron 351 a ja ich nie zaznaczyłam przy czytaniu. W każdym razie jestem pewna jednego „zaglądnięcia” i kilku innych równie prostych.

Tak na marginesie, „spoglądnąć”, i „sani” zamiast „sań”, (przytaczam te, które dobrze pamiętam, były jeszcze jakieś), wyłapałam też w „Lodzie” Dukaja, z tym, że tam wina mogła być podwójna – autora i korekty.

Nie mam stu lat i nie czuję się nawet na tyle ile mam, ale, na farbę drukarską, nie pamiętam żadnego „spoglądnąć”, w książkach które czytałam 20 lat temu. Jeśli tak dalej pójdzie, to jeszcze zacznę używać wyrażenia „za moich czasów” . Auuu…

Dlaczego nie lubię golfa?

Ostatnio jedna z rozgłośni radiowych „nastawiła się” na promowanie golfa jako dyscypliny, którą mógłby uprawiać przeciętny Polak. Zaproszeni przez kilka dni do studia goście (w tym trenerzy) zachęcali do przyjazdu na pole golfowe i nauczeniu się podstaw pod opieką trenera.

Słuchałam, myślałam i doszłam do wniosku, że mówię nie.

Zakładam, ze jeżeli mówimy o amatorskim uprawianiu jakiegokolwiek sportu to bierzemy pod uwagę również to, że możemy się ubrudzić i spocić, itd., itp.. Bierzemy piłkę, rower czy co tam mamy pod ręką i idziemy „uprawiać” :). Przy golfie nawet dopiero ucząc się powinniśmy przyjść na pole golfowe ubrani jeśli nie elegancko to przynajmniej niecodziennie. Czyli uczę się dopiero, ale już mam zacząć od ubioru, nie od sprzętu czy ćwiczenia umiejętności. Zamiast rozrywki mam sztywne zasady. Ktoś mógłby powiedzieć: a jeździectwo? Owszem tam jest wymagany elegancki ubiór (na który składają się m.in. białe spodnie do konnej jazdy, marynarka itp.), ale dopiero na zawodach. Amatorzy jeżdżą ubrani jak chcą. Nawet w tenisie od niedawna zawodnicy zaczęli odchodzić od dominującej kiedyś bieli.

I tak sobie myślę czy owa kwestia z ubraniem nie czyni z golfa sportu dla snobów. Ubierz się ładnie i zasuwaj po gładko wystrzyżonym polu, od czasu do czasu trafiając piłką do dołka. Nie chcę przez to powiedzieć, że w golfie technika nie ma znaczenia. Ale mogę z całą mocą podkreślić, że jest to jedyny sport, w którym ubranie nie pełni funkcji ochronnej czy poprawiającej wygodę ćwiczącego.

A poza tym jak idę uprawiać sport, to chcę wrócić zmęczona, szczęśliwa, czasem nawet brudna, ale dzięki temu wiem, że moje ciało fizycznie sobie odreagowało.

W wymuskanym golfie nie widzę dla siebie takiej możliwości.

Literatura murzyńska i Sarah Waters

Na ogół lubię biblioteki. Lubię sytuacje, kiedy przed sobą i za sobą, a czasem jeszcze z obu boków, mam same książki. Nie przeszkadza mi nawet specjalnie, że są tam jeszcze inni ludzie :).

Lubię wychodzić stamtąd z tuzinem książek. Czasem lubię też zamienić kilka słów z bibliotekarką/bibliotekarzem.

I tylko dwa razy natknęłam się na coś, przy czym ręce mi opadły. Po raz pierwszy w Bielsku-Białej, drugi – w Olsztynie.

W Bielsku kilka lat temu (nie sprawdzałam, jak jest teraz), natknęłam się na dział zatytułowany uroczo „literatura murzyńska”. Próby wytłumaczenia jednej z pracownic że coś takiego nie istnieje, że można mówić o literaturze afrykańskiej (do której wszystkich czarnych czy też Murzynów zaliczyć nie można), nie odniosły skutku. Dziwna byłam, czepiałam się nie wiadomo czego.

W Olsztynie w zeszłym miesiącu z kolei znalazłam dwie książki Sarah Waters „Złodziejkę” i „Niebanalną więź” w dziale kryminałów. Prawda, pierwszy tytuł zdaje się pasować a akcja drugiej powieści toczy się w znacznej części w więzieniu. Tylko że każdy kto je przekartkuje, zauważy, że to jednak nie ta sama kategoria co śledztwa Wallandera, Harry’ego Hole itp. To są powieści o miłości między kobietami w wiktoriańskiej Anglii i już widzę minę kogoś, kto wziął tę biblioteczną klasyfikację poważnie.

Tak, znów powiedziałam, co myślę, pracownik pokiwał głową a kilka dni później książki stały w tym samym miejscu.

Niby drobiazg, po prostu jeśli chodzi o książki, wszystkie błędy odbieram osobiście. To trochę tak, jakbym czuła się za nie odpowiedzialna. Takie zboczenie…