Obłęd

Wczoraj zauważyłam kolejną okazję do plucia, wyzwisk, udowadniania że inni nie rozumieją historii i nie są patriotami. Okazją tą jest książka Piotra Zychowicza „Obłęd” w której twierdzi że tym właśnie było powstanie warszawskie (a także akcja „Burza” w której oddziały AK miały pomagać Armii Czerwonej, co skończyło się tym że wieku akowców aresztowano i zabito). Pamiętam, że poprzednio z Zychowiczem zetknęłam się, kiedy ogłosił tezę, że Polska dla swojego dobra powinna się sprzymierzyć z Hitlerem. I to też był obłęd. Po pierwsze: myślenie życzeniowe. Zdaniem Zychowicza gdyby Polska powiedziała „A” według jego idei, to potem wszystkie „B” „C” „D” i dalsze wydarzenia odbywały by się ściśle według jego upodobań, co jest absolutną bzdurą. Nigdy, przenigdy nikomu nie udało się tak precyzyjnie przewidzieć przebiegu wypadku. A to opór społeczeństwa (niby czemu część Polaków nie miałby zbrojnie protestować, Hitlera aż tak powszechnie nie wielbiono, mimo rosnących przed wojną prawicowo-faszystowskich nastrojów), a to zamach, a to naturalna śmierć jakiejś znaczącej politycznie osobistości, niespodziewana decyzja podjęta przez rząd innego kraju, klęski żywiołowe – dość jest rzeczy niweczących misterne plany. Poza tym Hitler tak czy owak traktował Słowian jako podludzi – mógłby pewnie wykorzystać chętnych Polaków jako mięso armatnie i drugorzędnych pomocników, ale nic więcej. Żydów w Polsce też nie musiałby traktować lepiej – w kolaboracyjnej Francji ich ścigano, wywożono do obozów koncentracyjnych. Wreszcie być wspólnikami zbrodniarza – strażnikami w obozach, grupami od eksterminacji, może palić getto, może rozstrzeliwać Żydów czy buntowników – świetnie, prawda? Dość historii o szmalcownikach i płonących stodołach działo się mimo że Polacy nie stanęli po stronie Hitlera.

Za to jeśli chodzi o Powstanie Warszawskie, którego rocznica się zbliża, obchodzona jak zawsze, bo takie są obchody, zbyt patetycznie i górnie, zbyt metafizycznie i romantycznie; jeśli chodzi o Powstanie, którego „rekonstrukcje”, są tylko żałosnym bieganiem po ulicach, w idiotycznej nadziei że ma to coś wspólnego z tamtym piekłem – to rzeczywiście był obłęd, samobójstwo i hekatomba.

I to nie jest wiedza dostępna po latach, że lepiej było nie liczyć na pomoc Zachodu i Stalina. To wymagało politycznej trzeźwości, niczego więcej. Informacji, które były dostępne. Żałosne uzbrojenie, przyspieszenie akcji, w związku z czym wielu powstańców nie trafiło do oddziałów. Narażanie ludności cywilnej. Śmierć jakichś 200 tysięcy ludzi plus zniszczenia miasta. (Tak na marginesie, gdyby ludzie mogli ocaleć, mniejsza o miasto. Ale takiej możliwości też nie było). Warto było? Opłacało się? Bo powstał kolejny mit? Bo powstały pomniki? Bo powstały wiersze, wspomnienia, powieści? Muzeum? Bo artyści mają o czym śpiewać? Nawet gdyby Sowieci wywieźli część akowców, nawet gdyby część zginęła i tak ocalałoby ich więcej. Ocalałaby ludność cywilna. Kobiety. Dzieci. Cholera, to powstanie nie było warte śmierci jednego dziecka, można by powiedzieć, trochę patetycznie ale – tak czy owak, słusznie. Nic nie dało. Absolutnie nic. Bohaterstwo? Jeśli już, to niech ginie dla pośmiertnej chwały ten, kto chce. Poza tym kiedy pada rozkaz, słuchają nie tylko romantyczni straceńcy. Słuchają ci, którzy są posłuszni, którzy nie chcą opuścić przyjaciół, ci którzy nie chcą stać z boku. Gdyby się tak chwilę zastanowić: o ile bogatsza, lepsza byłaby Polska gdyby ci ludzie przeżyli? (Tak samo zresztą by się stało, gdyby przeżyli wszyscy inni, w tym Żydzi i Cyganie, ale tylko w przypadku powstania decyzja była w rękach Polaków). Czy może jest bogatsza i bardziej żywa z tym mitem? Bo żywi ludzi zawsze liczą się mniej?

Może to jest najgorsze, najsmutniejsze. Dla tylu ludzi jeszcze dzisiaj najważniejsze są mity, straceńcze bohaterstwo, śmierć nadająca się do uczczenia i podkreślenia swoich chwalebnych związków z tamtą tradycją. To trochę tak, jakby symbolicznie sami odbierali tamtym ludziom życie. Obłęd. Jakżeby inaczej. Obłęd.

Reklamy

Wkurw

WKURW (Ela)

Na początek chcę przeprosić czytelniczki i czytelników o słabych nerwach za użyte wulgarne wyrażenie w tytule. Na swoje usprawiedliwienie dodam, że najlepiej oddaje mój stan ducha. Spowodowany wypowiedzią premiera Polski Donalda Tuska na odbywającym się aktualnie Kongresie Kobiet. Wypowiedź dotyczy wprowadzenia ustawy o związkach partnerskich.

„Ja nie widzę żadnej szansy, aby w przeciągu najbliższych dziesięciu, piętnastu lat w parlamencie znalazła się większość konstytucyjna na rzecz radykalnych rozwiązań w tej dziedzinie. Powiem więcej, jeśli można się czegoś obawiać, także wtedy kiedy będziemy przesadzali z tempem, że będzie dokładnie odwrotnie, że znajdzie się w parlamencie większość konstytucyjna, która da tak do wiwatu, że będziemy żałowali, że się w ogóle podjęliśmy tego wysiłku, do końca życia.”

Jak dużym wysiłkiem ma być usankcjonowanie prawne i tak już istniejącego stanu rzeczy, zamiast chowania głowy w piasek i udawania, że „problem” nie istnieje?! Nie zmieniło by się nic. NIC. Parafrazując znane powiedzenie: byłby to mały krok dla ułatwienia życia jakimś 2 milionów obywateli, (o których się pamięta gdy mają płacić podatki, ale zapomina, gdy domagają się równości dla wszystkich), ale wielki krok dla całej Polski. Która choć raz mogłaby być w awangardzie zmian społecznych, zamiast być skansenem zmurszałych narzucanych przez kościół zasad.

Ale nasz dzielny mąż stanu wie lepiej. Wie że zawsze znajdzie się konstytucyjna większość, która zawsze i wszędzie poprze najbardziej chciwe i głupie pomysły Kościoła. I w dodatku jest jasnowidzem, bo wie, że za 15 lat nic się nie zmieni. Chciałabym bardzo, żeby sytuacja zmieniła się jak najszybciej. Żeby pana premiera, kiedy już będzie za 5 lat na emeryturze politycznej zdziwiła wiadomość o wprowadzeniu ustawy o związkach partnerskich.

Na razie pozostaje mi powiedzieć jedno: PIEPRZ SIĘ PANIE PREMIERZE, po tobie przyjdą inni mądrzejsi, a ty znikniesz gdzieś w odmętach historii.

WKURW  (Ewa)

Zgadzam się w 100% z tym co Ela napisała powyżej. Mam tylko ochotę dodać, że „większość konstytucyjna która da do wiwatu” to chyba zdaniem Tuska oznacza, że ta większość albo pobije wnioskodawców kijami bejsbolowymi albo wpisze w Konstytucję zakaz składania w Sejmie projektów o związkach partnerskich? Bo co to ma znaczyć „ da do wiwatu” i to tak że „pożałujemy do końca życia” ? Projekty Sejm już odrzucał i to przy aktywnym udziale partii Tuska, a jakże. Bali się że im ktoś da do wiwatu? I popamiętają do końca życia, spędzonego po respiratorem?

A co do jasnowidzenia, to rozumiem że pan Tusk w roku 1974 doskonale wiedział co w Polsce zajdzie w roku 1989? Gratulacje. I w ogóle jakie to ma znaczenie że Donald Tusk „ nie widzi szansy”? Czemu jego słowo ma być najważniejsze? Bo jest premierem? Niedługo będzie inny premier. I co to za „będziemy przesadzali z tempem”? Jacy „my” skoro Tusk tylko i wyłącznie hamuje? Dobre sobie, 10-15 lat to za mało? I tak jesteśmy o wiele lat spóźnieni w stosunku do większości Europy. Tuska zadowoliłoby lat 50? Czy 100? A w takiej Danii w przyszłym roku minie ćwierć wieku od wprowadzenia ustawy o związkach partnerskich i każdy może porównać jak się ma Dania i jak Polska. Zdaniem Tuska, PO i dalszej prawicy to taki kraj powinien się rozsypać, śluby hetero ustać zupełnie a boskie pioruny bić bez przerwy w Kopenhagę.  Może powinni tam pojechać…

Ostatnie pytanie: Czy duński premier w roku 1974 na pewno wiedział co się stanie za 15 lat?

Handlujmy w niedzielę

Wyborczą sobie czytam. A tam pan Bartosz T. Wieliński pochylił się nad godnością kobiet pracujących niedzielami w supermarketach. I apeluje i prosi i przekonuje, żeby nie musiały tego robić. Miło. Fajnie jest mieć wolne niedziele. Można do kościoła iść. Albo nie iść. Ugotować obiad. I takie tam.

Co prawda wyliczono że zakaz handlu w niedzielę spowoduje zwolnienie 70 tysięcy osób (głównie kobiet). Ale jak z ogromną pewnością siebie stwierdza pan Bartosz T. Wieliński: „Państwo nie może jednak patrzeć wyłącznie na cyfry w tabelkach, musi szanować też godność obywateli. A w sytuacji gdy kasjerka z supermarketu ma wolną jedną niedziele w miesiącu (lub pracuje we wszystkie) tę godność się narusza. Co z tego, że może wybrać w tygodniu dzień wolny? Co jej po wolnej środzie, skoro jej dzieci do południa będą w szkole a mąż w pracy.” Wzruszyłam się. Zaiste, 70 (niechby nawet 60 czy tylko 50) tysięcy bezrobotnych kobiet byłyby tylko cyferkami  tabelkach. Nikt by ich bezrobocia nie zauważył i nie odczuł, a już zwłaszcza one same. Byłyby zajęte odczuwaniem godności, tym większej że nie musiałyby pracować nie tylko w żadną niedzielę, ale po prostu w żaden dzień tygodnia.

Nie odczułyby tego też z pewnością jej dzieci – przy okazji skąd pewność, że wszystkie kasjerki mają mężów? Mamusia nie ma pracy, super, nie ma forsy super, za to niedziela będzie dla nas. Nie odczują ich mężowie/partnerzy – o ile ich mają – przy okazji skąd pewność, że oni pracują? Nie wiem też, skąd pewność, że kasjerka pracująca w niedzielę nie może mieć wolnej soboty, w którą dzieci bynajmniej do szkoły nie chodzą. I część mężów/partnerów mających pracę też ma wolne. Nie wiem tak samo, dlaczego przebywanie z dziećmi w środę od południa jest tragedią życiową, w dodatku zdecydowanie większą niż brak pieniędzy na ich nakarmienie. A nie, przepraszam, najedzą się godnością niepracowania w niedziele. Kościół który tak bardzo chce zakazu niedzielnego handlu pewnie im tę godność zamieni w chleb i ryby.

Poza tym: chętnie dałabym kasjerkom więcej wolnego. Naprawdę. Ale jeśli ceną tych wolnych dni ma być kilkadziesiąt tysięcy bezrobotnych kobiet, przeważnie w średnim wieku i bez wielkich kwalifikacji, czyli mających najmniejsze szanse na nową pracę, to uważam że nie warto. Cyferki w tabelkach. Godność. Wartości rodzinne. A może by tak trochę realizmu?

Anne Holt a sprawa polska

Czytam ostatnio kryminały autorstwa Anne Holt. Zerknęłam do jej biografii. Skończyła prawo, pracowała między innymi w policji. Na przełomie lat 96-97 pełniła funkcję ministra sprawiedliwości ( zrezygnowała z powodów zdrowotnych). Prywatnie jest w związku z Anne Christine Kjaer, wychowują córkę. Związek został zarejestrowany w roku 2000. I w tych kilku zdaniach z biografii znanej pisarki kryminałów zawiera się cała subtelna różnica między Norwegią a Polską. U na po pierwsze, jeśli bardzo popularna pisarka byłaby lesbijką, to przede wszystkim, jak wszystkie inne polskie lesbijki, nie mogłaby zarejestrować żadnego związku. Nazwisko jej partnerki raczej nie byłoby znane publicznie. A jeśli zdarzyłoby się tej samej kobiecie zajmować się polityką na tyle, żeby została ministrem, to prawdopodobnie na jaw nie wyszłaby ani orientacja, ani partnerka. Zresztą w notkach o Anne Holt zwykle też się te fakty pomija. No bo jeszcze lesbijka zaczęłaby się kojarzyć z gwiazdą kryminałów, zamiast  z kimś kogo wyrzucają z pracy i kto w wywiadzie dla gazety na ogół woli nie podawać nazwiska. A to, że Holt napisała całą serię o Hanne Wilhelmsen, która przedziwnym zbiegiem okoliczność jest nie tylko policjantką ale także lesbijką, to przecież nie ma znaczenia. Można te książki czytać pomimo to, skupiając całą uwagę na śledztwie, co wszystkim prawdziwym Polkom gorąco się poleca:D

Lektury

Tu dyskusja o tym, czy mówić w szkole o tym, że np. Maria Dąbrowska i Anna Kowalska były ze sobą. Tutaj znów o szkole – że zacofana, sztywna i uczy według XIX wiecznych wzorów. Trochę już chyba ucichła kłótnia o to czy „Rudy” i „Zośka” mogli być w sobie zakochani. Zusammen do kupy, szkoła jest zacofana, bo postępuje według reguły ” nawet jeśli coś było, po co tym mówić” , „to nie ma znaczenia”. Czyli to że Mickiewicz się kochał w Maryli stanowi doniosły fakt historycznoliteracki a romans polskich pisarek to jakiś wymysł co bardziej radykalnych feministek. W szkole uczą po prostu o zupełnie innym świecie niż ten który istnieje.

I teraz będzie o lekturach. Które powinny być zupełnie czymś innym. Powinny odnosić się do teraźniejszości i dawać do myślenia. Ok, niektóre rzeczy z przeszłości nie są wcale abstrakcją. „Marta” Orzeszkowej. „Mendel Gdański” Konopnickiej. Kobiety które przy mężu nie pracują i bez niego są bezradne, wciąż istnieją. Tak jak antysemityzm. Mendel, getto, 68, i to co teraz – to jest ciąg. Natomiast, przykro mi, z Prusem dałabym sobie spokój. Kto chce niech czyta. Ale zrobiłabym miejsce na inne rzeczy.

Zaczęłabym od tego żeby oprócz książek wprowadzić filmy (w tym odcinki seriali). Uwielbiam książki, ale lekceważenie filmów w przy ich poziomie i popularności to idiotyzm. Kino to już nie jest sztuka jarmarczna. No to jedziemy. Nie bałabym się tzw literatury popularnej. „Carrie” Kinga to świetny opis szkolnych upokorzeń (i manii religijnej). „Rose Madder” tego samego autora zawiera bardzo dobry opis kobiety maltretowanej przez męża policjanta. Do tematu przemocy świetnie nadają się seriale kryminalne. W „Cold Case” pełno ich jest do wyboru. Dziewczynka molestowana przez… kuratora, co odcina możliwość pomocy, bo każdy wierzy jemu. Upośledzony chłopiec, który po śmierci matki został sam, w dodatku został posądzony że siłą pocałował koleżankę ze szkoły… Rasizm, homofobia – w każdym odcinku widać do czego mogą prowadzić. Z polskich – choćby te dwa odcinki „Gliny” w których prowadzone jest śledztwo w sprawie zaginionych Cyganów (tam się nie mówi Romowie). Zostali zarżnięci (kobiety przedtem zgwałcone) za to że byli Cyganami. Zmowa i strach, upór policjanta ( gra go Maciej Stuhr), polska rzeczywistość wstrętnie prawdziwa.

A gdzie są filmy dokumentalne? A z książek – reportaże? A gdzie jest emigracja albo niepełnosprawność? Won mi z „Quo vadis” poproszę o biografię Helen Keller. A fantastyka? I wcale nie Lem. Wizje, które czasem się już zaczęły spełniać (wirtualna rzeczywistość) to właśnie jej domena. Świat po wojnie atomowej. Świat w którym przegraną w programie telewizyjnym można przypłacić życiem.

Wizja takich lektur to niestety też fantastyka, i to zdaje się utopijna. Pozostaje mi tylko cieszyć, się że lekcje polskiego choć okropnie nudne, nie były w stanie mi zaszkodzić i do dziś książki nie tylko czytam ale i piszę.:)

Niebo będzie niebieskie

Wczoraj w radiu (lokalnym, nieważne którym konkretnie) znów była dyskusja o związkach partnerskich. Podobna do wielu innych. Zainteresowało mnie tylko jedno: jakie apokaliptyczne wizje towarzyszą ludziom, którzy są przeciw temu, żeby państwo takie związki uznało? Czy naprawdę nie mieści im się w głowach, że:

Niebo dalej będzie niebieskie a trawa zielona. Nie wzrośnie deficyt budżetowy ani liczba ateistów. Nikt nie zamknie Radia Maryja. Kto chce, będzie głosił nowinę o zamachu smoleńskim. Mięso nie podrożeje a stopy procentowe nie wzrosną. Terlikowski nadal będzie zapraszany do telewizji a biskupi nie zaakceptują in vitro.Pensje się nie zmniejszą a zanieczyszczenie środowiska nie zwiększy. Co więcej:

Nikt im nie każe przepraszać, odwoływać i oglądać podpisywania papierów. Ci, których mijają na ulicach, nie wiedząc że to lesbijki czy geje, nie zaczną ich nagle podrywać.Nikt im nie posmaruje klamek odchodami.

I w ogóle, gdyby nagle okazało się któregoś dnia, że przepisy o związkach partnerskich wprowadzono tydzień wcześniej po cichu, to przez ten tydzień wszystko by wyglądało dokładnie tak samo. Do ostatniej butelki po wódce na trawniku.

Zmieniło by się tylko jedno: tysiące osób poczułoby się lepiej w Polsce, w swoim kraju. Nie mieliby poczucia, że ich życie postrzegane jest jako tani skandalik, o którym nie wypada mówić publicznie. Ich życie, które nie składa się na ogół z samego seksu/samej namiętności tylko zawiera w sobie wielki kawał zwykłej codzienności z podatkami, chorobami i śmiercią, przestałoby być wymazywane z przestrzeni publicznej. W przepisach przestałaby wreszcie istnieć fałszywa rzeczywistość, zgodnie z którą osoby faktycznie sobie najbliższe są traktowane jako obce. I tak, może ktoś tu i ówdzie przestałby się bać. I może to jest najstraszniejsze dla obrońców status quo? Bo oni przecież swojego strachu pozbyć się nie mogą. Pozbyć się strachu to mogłoby, o zgrozo, oznaczać: zaakceptować. A wtedy niebo na pewno przestałoby być niebieskie…

Anna German raz jeszcze

W gazetach i internecie pełno artykułów, artykulików i wpisów o Annie German. Albo o serialu „Anna German”. Agora szybciutko dołączyła dwie płyty do Gazety Wyborczej. Axel Springer galopem wydał książkę „Anna German. Prawdziwa historia”. Byle kolorowa gazetka dawała na okładkę zdjęcie piosenkarki albo grającej ją w serialu Joanny Moro. W środku drugie zdjęcie i pięć linijek tekstu pod tytułem  „Tylko u nas. Anna German jakiej nie znacie” albo „ Nieznana twarz Anny German”.

To ja też się wypowiem.

Po pierwsze wkurwiają mnie – nie denerwują, nie irytują, tylko właśnie wulgarnie wkurwiają, takie akcje nagłego przypominania sobie o kimś i błyskawicznego zarabiania kasy na tandecie opatrzonej nazwiskiem tej osoby.

Zacznę od serialu. Nie oglądałam całości, bo po prostu moja wytrzymałość ma pewne granice. Może jeszcze jedno oświadczenie: mam dużą sympatię dla Anny German, cenię jej głos i znam dużo jej piosenek, a część z nich nieodmiennie mi się podoba i nie są dla mnie „archaiczne”. I dlatego tym bardziej nie mogę znieść tego, co za te miliony o których tyle było mowy, Rosjanie wyprodukowali, a pan Krzystek wyreżyserował. Nawet mniejsza o przekłamania, typu prześladujący cała rodzinę człowiek z NKWD, który, zdaje się, w ogóle nie istniał. Już nawet mniejsza o to, że w pierwszym odcinku jest podobno rok 1938, w którym bohaterka miała dwa lata, ale dziewczynka, która ją gra, co najmniej dwa razy więcej. Cały serial przypomina po prostu serię obrazków z czytanki opatrzonych objaśniającymi podpisami. Ania śpiewa ojcu. Ania występuje po raz pierwszy. Ania w gipsie. Ania ze Zbysiem. Ania ma dziecko itp. Dialogi są banalne i nudne, sceny sztywne. Niektóre momenty są opowiadane szczegółowo (np. wyjazd do Taszkientu, Włochy), po innych serial się prześlizguje – Anna rodzi dziecko, które w następnej scenie ma kilka lat. Aktorstwo jest jeszcze znośne. (Oprócz postaci trzeciego planu które recytują swoje kwestie jak w szkolnym przedstawieniu). Najlepsza, moim zdaniem jest co prawda Maria Poroszyna grająca matkę German, ale Joanna Moro jakoś się broni, choć zadanie miała trudne. Podwójnie. Postać była nietypowo – według wszystkich świadectw dobra i łagodna, niezwykle zdolna. Z kolei śmierć ojca w stalinowskich czystkach, piekielny wypadek, rehabilitacja, powrót na scenę i przedwczesna śmierć  – tym można by obdzielić kilka życiorysów.  

Niestety, Anna German z serialu jest postacią spłaszczoną, jednowymiarową. Nie ma poglądów, upodobań i zainteresowań innych niż śpiew. Jej świat to oprócz sceny kilka emocji, mamusia i Zbysio. Nie wątpię wcale, że mogła być rzadkim przypadkiem człowieka na wskroś dobrego i niekonfliktowego, ale przez to nie musiała być wcale bezbarwna i papierowa. Już choćby z racji tego, jak zginął jej ojciec, musiała mieć jakieś zdanie o Stalinie (i nie sądzę żeby była ślepa). Zresztą odmowa powrotu do Rosji też o czymś świadczy. Ale albo nikt tego nie chciał ruszać albo Rosjanie sobie nie życzyli. Chociaż sądzę, że raczej pominięto to, żeby skupić się na wypadku,  łzach, Zbysiu i mamusi. A już choćby w jej biografii można byłoby wyłowić kilka interesujących szczegółów. Anna German lubiła na przykład książki i filmy o zwierzętach, a myśliwych uważała za morderców – proszę, mamy wyrazisty pogląd, rzadki do dziś. Sama sobie szyła, lubiła taniec i ceramikę, na którą brakowało jej czasu. Poza tym na litość boską, znała dużo ludzi, jeździła na występy z innymi artystami, a z panem parzącym herbatę z w Polskich Nagraniach ponoć regularnie ucinała sobie miłe pogawędki. Ale się nie zmieścili, zresztą nic dziwnego, dziesięć odcinków to niewiele na taki życiorys. Chociaż…

Oglądałam niedawno film o Beatrix Potter – film, nie serial. Jakimś cudem bohaterka nie tylko nie była papierowa, ale miałam wrażenie, że powiedziano o wszystkim co najważniejsze. I ani chwili nudy. I nawet miłość z czasów wiktoriańskich pokazana była wiarygodnie i przejmująco.

Im dłużej o tym myślę, tym większą miałabym ochotę, żeby ten serial nigdy nie powstał. Albo nie był pokazywany w Polsce. Bo wydaje mi się, że prawdziwej, żyjącej w zeszłym wieku Annie German ten wyrób serialopodobny w pewien sposób ubliża. Robiąc z jej życia emocjonalno – łzawą papkę. Pokazując je schematycznie, wyrywkowo i bez wdzięku. Anna German mogła śpiewać piosenki romantyczne, sentymentalne. Mniej i bardziej udane. Ale nie przekraczała w nich granicy kiczu, kiczu w którym ten serial się nurza. No i na fali jego popularności uklepie się taki łzawo-kiczowaty portrecik zdolnej, pokrzywdzonej przez los i poza tym nudnej kobiety.

Nie, dziękuję. I za chwilową falę popularności. I za wątpliwości, czy mogła być taka bez skazy. I za idiotyczne wyrażenie z pewnego artykułu, że serial opowiada o życiu „dawnej celebrytki”, chociaż wtedy celebrytek nie było, a dziś, gdyby żyła, German ze swoją osobowością na pewno by nią nie została. I za wpis na portalu filmowym, że „propagowała komunizm i ludobójstwo”.  

Tak na marginesie, trochę podobne uczucie miałam, kiedy Szymborska dostała Nobla i nagle okazała się popularna, komentowana na prawo i lewo oraz niezwykle doceniona. Skutkiem ubocznym był zalew informacji o niej, jej limerykach, wycinankach, zdjęciach pod dziwnymi nazwami miejscowości i sympatii dla Andrzeja Gołoty. Lubię limeryki, cieszy, mnie, że Szymborska miała tego typu poczucie humoru, ale ona w końcu nie bez powodu długie lata publikowała inne swoje wiersze. A wycinanki były dla znajomych. To grzebanie w jej prywatnych dowcipach przypomina mi rozcinanie brzucha pluszowemu misiowi – cóż tam są w środku za skarby…

Wolałam sobie słuchać Anny German – że tak powiem, na uboczu i tak samo wolałam czytać wiersze Szymborskiej wtedy, kiedy nikt mnie nie bombardował informacjami, jaka jest genialna i jakie niezwykłe robiła wycinanki. Koniec, kropka.