Dobrze się dzieje w państwie duńskim :)

Przed chwilą skończyłam oglądać drugi sezon seriali „Forbrydelsen”. Nie, nie „The Killing”, tylko właśnie „Forbrydelsen”, który Amerykanie kupili i przerobili na swój serial kryminalny znany w Polsce jako „The Killing”. Skopiowali wszystko, łącznie z głównym tematem muzycznym i grą aktorską. To drugie zdecydowanie nieudolnie. Amerykańscy aktorzy za wszelką cenę naśladują grę ich duńskich poprzedników z sezonu pierwszego. I robią to fatalnie. Rozumiem, że zrobiono remake, bo widzowie amerykańscy nie interesują się serialami europejskimi, ale pierwszy raz spotkałam się z takim kopiowaniem detali (patrz m.in. sweter policjantki prowadzącej śledztwo). I o ile do tej pory pamiętam „ciężkie” spojrzenie aktora grającego w duńskiej wersji ojca zamordowanej bohaterki, to już próba powielenia tego spojrzenia w amerykańskiej wywołuje na mojej twarzy ironiczny grymas.

A teraz do rzeczy. W sezonie pierwszym sprawa dotyczyła zabójstwa nastolatki. W drugim śledztwo wychodzi poza Kopenhagę, a nawet Danię i ma związek z stacjonowaniem żołnierzy duńskich w Afganistanie. I to jest kolejny przykład na to, jak bardzo wyprzedzają nas Duńczycy w tworzeniu seriali. W serialu kryminalnym, który mógłby sobie zgodnie z regułami gatunku biec spokojnie od ofiary, poprzez pokazanie życia policjanta/policjantki, aż do rozwiązania sprawy, dodano szerszy kontekst społeczny, jaki w tym przypadku jest udział Danii w operacjach antyterrorystycznych. Początkowo wydaje się że sednem sprawy jest zbrodnia popełniona na ludności cywilnej, później okazuje się, że tak naprawdę chodziło o tajną operację wywiadu, co przenosi odpowiedzialność z wojskowych na polityków.

A tymczasem w Polsce: z grubsza w podobnym okresie czasu kręcono „Londyńczyków”. Który to serial mógł być szansą na pokazanie polskiej emigracji w szerszym społecznym kontekście. To czego nie można było pokazać w Polsce, bo albo nie występuje albo w bardzo nikłym procencie, świetnie można było pokazać w Londynie. I nie dokonano by żadnego przekłamania. Tak na szybko konstruując losy fabularne kilku bohaterów mogli by np. zetknąć się z innymi religiami (nie tylko z islamem ale też hinduizmem), zakochać się i związać z osobą dowolnego koloru skóry i pochodzenia, zetknąć się z możliwością zawarcia małżeństwa z osobą tej samej płci, wyzwolić się z typowo polskich problemów dotyczących np. aborcji, antykoncepcji, in vitro oraz wszechobecności Kościoła katolickiego. Mógłby ale się nie stał, żadna z tych rzeczy nie miała miejsca. Nawet pisząc o Polakach na obczyźnie nasi scenarzyści mają w głowach Polskę. Powielają schematy fabularne seriali dziejących się w Warszawie czy Łodzi. A to że był to serial dramatyczny a nie kryminalny nie ma w tym przypadku żadnego znaczenia.

I na koniec statystyka. Dania liczy 5 mln obywateli, Polska 38 mln. Różnica prawie ośmiokrotna. Prawdopodobnie także 8 razy mniej ludzi zajmuje się tam filmem. Nie mają tradycji analogicznej do „polskiej szkoły filmowej”. Kinematografia nie licząc Larsa von Triera jest na świecie raczej nieznana. A mimo wszystko potrafili za pomocą „Forbrydelsen” podbić nawet Amerykanów, którzy sami mają masę dobrych seriali kryminalnych.

Smutne zwycięstwo

Dzisiaj wieczorem (12.08.2013) Paweł Fajdek zdobył tytuł mistrza świata w rzucie młotem. I wszystko byłoby świetnie gdyby nie jedno malutkie „ale”. Oglądając transmisję z 14 Lekkoatletycznych Mistrzostw Świata w Moskwie usłyszałam, że autorem sukcesów Polaków w rzucie młotem jest Czesław Cybulski. Zarówno tego najnowszego jak i dawniejszych zwycięstw Kamili Skolimowskiej, Anity Włodarczyk i Szymona Ziółkowskiego.

I tyle jest tej radości, bo to już nie chodzi nawet o to że jedna osoba trenuje kilku zawodników, jest z nimi na dobre i złe. Chodzi o to że w kraju liczącym 38 milionów obywateli nie ma żadnego prawie (dopuszczam drobne wyjątki od tej reguły) zaplecza do uprawiania lekkoatletyki. Żadnego programu „wyławiania” młodych zdolnych i ukierunkowania ich na uprawianie danej dyscypliny. I budowa orlików nic tu nie zmieni. Zresztą gdyby przyjrzeć się bliżej okazałoby się zapewne, że postać taką jak Czesław Cybulski znajdziemy i w innych jakże niemedialnych sportach. Gdzie bez wielkich pieniędzy i rozgłosu odbywa się codzienna praca, która owocuje medalami. Strach pomyśleć co by było gdyby… A przecież Polska to w skali świata bogata północ, którą powinno być stać na budowę infrastruktury i umasowienie sportu wśród obywateli. Jak długo jeszcze będziemy zdobywać medale nie dzięki przemyślanej strategii, lecz dzięki osobistemu uporowi jednego człowieka? (Leszek Blanik biorący rozbieg w szatni, Anita Włodarczyk trenująca pod mostem, Tomasz Kucharski – trzykrotny mistrz olimpijski, zarabiający pomiędzy igrzyskami jako barman, i tak dalej i tym podobne)

Oby na koniec nie okazało się, że na olimpiadzie w roku 2040 wielu medali zdobędą Kowalscy czy Nowakowie startujący w barwach… Wielkiej Brytanii. Bo mniej więcej w tym czasie dorosną dzieci obecnych polskich imigrantów. A jeśli dobrze pamiętam Polacy są drugą największą mniejszością etniczną na wyspach. Brytyjczycy będą się cieszyć, a w Polsce… odbędzie się wielkie narodowe darcie szat. Jak to się stało, że mamy tylko 1 brązowy medal w łucznictwie. Czas mija, nic się nie zmienia. Od powszechnego uprawiania sportu są ciągle ważniejsze sprawy: kto jest większym patriotą i czyj dziadek gdzie poległ. Czyli jak zwykle i tradycyjnie Polska swoja szansę po prostu prze… śpi.

Tenis a… sprawa polska (jak zwykle)

Oglądałam dwa dni temu mecz pomiędzy Jerzym Janowiczem a Łukaszem Kubotem o półfinał Wimbledonu. Ale nie chcę się skupiać na doniosłości historycznej tego wydarzenia, chociaż jej nie umniejszam. Mecz komentowali wspólnie na antenie Polsatu – Bohdan Tomaszewski i Krzysztof Wanio. Po raz pierwszy od (niemal) zawsze, a na pewno od bardzo dawna byłam świadkiem tego, że komentarz dotyczący Polski czy Polaków może być tak niepolski w jak najlepszym tego słowa znaczeniu.

Pan Bohdan oprócz oczywistej wiedzy o tenisie skupiał się tylko na tym co ważne i co się dzieje na korcie. Nie komentował w sposób tak ostatnio charakterystyczny dla innych sprawozdawców urody tenisistek, czy chociażby nagminnego nazywania „męskim” różnorodnych zagrań grających kobiet, niezależnie od dyscypliny.

Tym co jednak ujęło mnie najbardziej, był fakt, że kiedy mówił o innych zawodniczkach i zawodnikach, nawet jeśli uznawał ich grę za słabszą, podkreślał, że życzy im jak najlepiej. Zdanie to padło to kilka razy w ciągu trwającego ponad 2 godziny meczu. I nie odniosłam najmniejszego wrażenia że było sztuczne, albo że pan Tomaszewski chciał sobie w ten sposób zaskarbić sympatię tych, którzy go słuchali. I jakoś tak przeskoczyłam myślą do polskiej rzeczywistości i polskiej polityki. Do małych chłopców w garniturach dorosłych mężczyzn, którzy burzą innym babki z piasku i krzyczą, który z nich lepiej rządzi w piaskownicy, w której w wyniku złego zarządzania brakuje piasku. Co tam piasek, zawsze można rzucić grabkami.

Gdybyśmy tak wszyscy włączając mnie poszli za przykładem pana Bogdana i z większą serdecznością patrzyli na błędy innych, zamiast szukać tylko okazji do skoczenia sobie do gardeł. Myślę że nie tylko nam, ale i chłopcom z piaskownicy żyło by się lepiej. A co do samej piaskownicy to może pojawiłby się w niej piasek i wspólne budowle.

Niestety z błogiego stanu idealizmu wyrwały mnie komentarze, dotyczące wieku Bohdana Tomaszewskiego (w przyszłym miesiącu skończy 91 lat). Powiedziałabym, że już bardziej typowe dla większości Polaków. Daruję sobie cytowanie tych chamskich, a czasem i wulgarnych wpisów. Mogło by być lepiej, a pewnie będzie jak zawsze. Szkoda…

Wkurw

WKURW (Ela)

Na początek chcę przeprosić czytelniczki i czytelników o słabych nerwach za użyte wulgarne wyrażenie w tytule. Na swoje usprawiedliwienie dodam, że najlepiej oddaje mój stan ducha. Spowodowany wypowiedzią premiera Polski Donalda Tuska na odbywającym się aktualnie Kongresie Kobiet. Wypowiedź dotyczy wprowadzenia ustawy o związkach partnerskich.

„Ja nie widzę żadnej szansy, aby w przeciągu najbliższych dziesięciu, piętnastu lat w parlamencie znalazła się większość konstytucyjna na rzecz radykalnych rozwiązań w tej dziedzinie. Powiem więcej, jeśli można się czegoś obawiać, także wtedy kiedy będziemy przesadzali z tempem, że będzie dokładnie odwrotnie, że znajdzie się w parlamencie większość konstytucyjna, która da tak do wiwatu, że będziemy żałowali, że się w ogóle podjęliśmy tego wysiłku, do końca życia.”

Jak dużym wysiłkiem ma być usankcjonowanie prawne i tak już istniejącego stanu rzeczy, zamiast chowania głowy w piasek i udawania, że „problem” nie istnieje?! Nie zmieniło by się nic. NIC. Parafrazując znane powiedzenie: byłby to mały krok dla ułatwienia życia jakimś 2 milionów obywateli, (o których się pamięta gdy mają płacić podatki, ale zapomina, gdy domagają się równości dla wszystkich), ale wielki krok dla całej Polski. Która choć raz mogłaby być w awangardzie zmian społecznych, zamiast być skansenem zmurszałych narzucanych przez kościół zasad.

Ale nasz dzielny mąż stanu wie lepiej. Wie że zawsze znajdzie się konstytucyjna większość, która zawsze i wszędzie poprze najbardziej chciwe i głupie pomysły Kościoła. I w dodatku jest jasnowidzem, bo wie, że za 15 lat nic się nie zmieni. Chciałabym bardzo, żeby sytuacja zmieniła się jak najszybciej. Żeby pana premiera, kiedy już będzie za 5 lat na emeryturze politycznej zdziwiła wiadomość o wprowadzeniu ustawy o związkach partnerskich.

Na razie pozostaje mi powiedzieć jedno: PIEPRZ SIĘ PANIE PREMIERZE, po tobie przyjdą inni mądrzejsi, a ty znikniesz gdzieś w odmętach historii.

WKURW  (Ewa)

Zgadzam się w 100% z tym co Ela napisała powyżej. Mam tylko ochotę dodać, że „większość konstytucyjna która da do wiwatu” to chyba zdaniem Tuska oznacza, że ta większość albo pobije wnioskodawców kijami bejsbolowymi albo wpisze w Konstytucję zakaz składania w Sejmie projektów o związkach partnerskich? Bo co to ma znaczyć „ da do wiwatu” i to tak że „pożałujemy do końca życia” ? Projekty Sejm już odrzucał i to przy aktywnym udziale partii Tuska, a jakże. Bali się że im ktoś da do wiwatu? I popamiętają do końca życia, spędzonego po respiratorem?

A co do jasnowidzenia, to rozumiem że pan Tusk w roku 1974 doskonale wiedział co w Polsce zajdzie w roku 1989? Gratulacje. I w ogóle jakie to ma znaczenie że Donald Tusk „ nie widzi szansy”? Czemu jego słowo ma być najważniejsze? Bo jest premierem? Niedługo będzie inny premier. I co to za „będziemy przesadzali z tempem”? Jacy „my” skoro Tusk tylko i wyłącznie hamuje? Dobre sobie, 10-15 lat to za mało? I tak jesteśmy o wiele lat spóźnieni w stosunku do większości Europy. Tuska zadowoliłoby lat 50? Czy 100? A w takiej Danii w przyszłym roku minie ćwierć wieku od wprowadzenia ustawy o związkach partnerskich i każdy może porównać jak się ma Dania i jak Polska. Zdaniem Tuska, PO i dalszej prawicy to taki kraj powinien się rozsypać, śluby hetero ustać zupełnie a boskie pioruny bić bez przerwy w Kopenhagę.  Może powinni tam pojechać…

Ostatnie pytanie: Czy duński premier w roku 1974 na pewno wiedział co się stanie za 15 lat?

Co można w Ameryce, czego nie można w Polsce?

Kilka dni temu postanowiłam włączyć sobie do obiadu finałowy odcinek czwartego sezonu serialu „Glee”. Już tak mam, że lubię przy obiedzie oglądać seriale :D. Był to swoisty powrót do tego serialu, bo po dwóch dobrych sezonach, w trzecim niestety Amerykanie zaczęli stosować zabieg, który można nazwać „dekonstrukcją” tego wszystkiego co było atutem serialu. Postacie zaczęto wikłać w dziwne wzajemne związki na zasadzie postać A była wcześniej szczęśliwa z B, więc teraz połączmy ją z C, po nagłym i niewiarygodnym psychologicznie rozstaniu z B. Kiedy wszyscy główni bohaterowie uczęszczali do szkoły średniej, akcja jeszcze się trzymała, ale kiedy wyjechali na studia, twórcy zupełnie stracili pomysły na to co powinno ich dalej spotkać. I mam nawet wrażenie, że wykonywane piosenki straciły impet. Kiedyś ciekawie aranżowane – teraz są tylko cieniem dawnych pomysłów.

Tyle dygresji na początek. Teraz przejdę do meritum :). Otóż w rzeczonym serialu jest scena, w której jeden z chłopaków z pary gejów postanawia oświadczyć się drugiemu. W sklepie jubilerskim sprzedawczynią jest lesbijka, która pokazując chłopakowi pierścionki zaręczynowe wdaje się z chłopakiem w następujący dialog:

Ona: „Nie ma znaczenia jak młody lub stary jesteś. Prawdziwa miłość to prawdziwa miłość.”

On: „Moi przyjaciele ostatnio tak mnie krytykowali.”

Ona: „Gdybyśmy wszyscy ich słuchali, to nie bylibyśmy tak blisko chwili kiedy Sąd Najwyższy w końcu powie nam, że jesteśmy równie szaleni i niesamowici, co wszyscy inni.”

Ktoś może powiedzieć, że trochę dydaktyzmem pachnie. Może tak, ale w tym samym niemal czasie w Polsce mamy np. w „M jak miłość” dwóch panów gejów, przy czym grający ich aktorzy, są cali sztywni (zapewne ze strachu, że jakiś widz pomyśli, że są naprawdę homoseksualni) a okazywanie uczuć w ich wykonaniu ogranicza się do stania w odległości 3 metrów od siebie (dobrze, że w ogóle mieszczą się w kadrze) i niedotykania pod żadnym pozorem. A przecież miłość nie ogranicza się tylko do seksu i całowania. Można ją okazać na wiele różnych sposobów.

Generalne zmierzam do tego, że Amerykanie potrafią wykorzystać telewizję jako narzędzie nacisku w ważnej społecznie sprawie. Potrafią pokazać pary lesbijskie i gejowskie w sposób wiarygodny, a grające/y aktorzy/ki są w pełni przekonujący. Przy czym „Glee” nie jest odosobnionym przypadkiem. W serialu „Grey’s Anatomy” („Chirurdzy”) już cztery sezony pokazywany jest związek lesbijek, jako równoważny głównej parze hetero. Niemal każdy dobry serial amerykański posiada postać homoseksualną czasem na drugim, czasem na trzecim planie. I ta postać jest przez scenarzystów traktowana poważnie, a nie jak w Polsce dodatek pod tytułem: „teraz dodamy do serialu postać geja” – która nic sobą nie wniesie ciekawego, ale zawsze możemy powiedzieć, że przecież nie jesteśmy homofobami, bo gej czy lesbijka był. Widać to było zwłaszcza w serialu „39 i pół”, kiedy przyjaciółka głównego bohatera była lesbijką i nic z tego nie wynikało dla rozwoju historii. A to z kolei było ewidentnym przykładem złamania zasad pisania scenariuszy, zgodnie z którymi każda charakterystyczna cecha postaci powinna wpływać na akcję.

Chciałabym dożyć takiej sytuacji w Polsce. Pozostaje mi już tylko westchnąć i zacisnąć zęby :).

Dlaczego nie lubię golfa?

Ostatnio jedna z rozgłośni radiowych „nastawiła się” na promowanie golfa jako dyscypliny, którą mógłby uprawiać przeciętny Polak. Zaproszeni przez kilka dni do studia goście (w tym trenerzy) zachęcali do przyjazdu na pole golfowe i nauczeniu się podstaw pod opieką trenera.

Słuchałam, myślałam i doszłam do wniosku, że mówię nie.

Zakładam, ze jeżeli mówimy o amatorskim uprawianiu jakiegokolwiek sportu to bierzemy pod uwagę również to, że możemy się ubrudzić i spocić, itd., itp.. Bierzemy piłkę, rower czy co tam mamy pod ręką i idziemy „uprawiać” :). Przy golfie nawet dopiero ucząc się powinniśmy przyjść na pole golfowe ubrani jeśli nie elegancko to przynajmniej niecodziennie. Czyli uczę się dopiero, ale już mam zacząć od ubioru, nie od sprzętu czy ćwiczenia umiejętności. Zamiast rozrywki mam sztywne zasady. Ktoś mógłby powiedzieć: a jeździectwo? Owszem tam jest wymagany elegancki ubiór (na który składają się m.in. białe spodnie do konnej jazdy, marynarka itp.), ale dopiero na zawodach. Amatorzy jeżdżą ubrani jak chcą. Nawet w tenisie od niedawna zawodnicy zaczęli odchodzić od dominującej kiedyś bieli.

I tak sobie myślę czy owa kwestia z ubraniem nie czyni z golfa sportu dla snobów. Ubierz się ładnie i zasuwaj po gładko wystrzyżonym polu, od czasu do czasu trafiając piłką do dołka. Nie chcę przez to powiedzieć, że w golfie technika nie ma znaczenia. Ale mogę z całą mocą podkreślić, że jest to jedyny sport, w którym ubranie nie pełni funkcji ochronnej czy poprawiającej wygodę ćwiczącego.

A poza tym jak idę uprawiać sport, to chcę wrócić zmęczona, szczęśliwa, czasem nawet brudna, ale dzięki temu wiem, że moje ciało fizycznie sobie odreagowało.

W wymuskanym golfie nie widzę dla siebie takiej możliwości.